Oto przekaz, który coraz częściej płynie do nas z prasy, telewizji czy internetu. Zjawisko infantylizacji przyrody określone zostało „syndromem Bambiego” lub zwyczajnie „bambinizmem”. Nazwa pochodzi od Disneyowskiej kreskówki, która wzruszyła niejednego twardziela, doprowadzając go do łez.

W tęczowych barwach

Na wyidealizowany obraz natury większość przyrodników reaguje z lekkim uśmiechem. „Zbambinizowany” obraz ma się bowiem nijak do praw w rzeczywistości rządzących naturalnymi procesami. Ostre zasady konkurencji i walki o byt, którą wygra najsilniejszy, najsprytniejszy i nieraz najbrutalniejszy budzą wśród wielu wewnętrzny sprzeciw. Jak bowiem taki słodki ryś, z dziecięcą ufnością spoglądający na nas ze zdjęcia, może bestialsko zaatakować gibkiego koziołka?

Brak elementarnej wiedzy na temat zwyczajów i zasad panujących w naturze innych wiedzie wprost do krzywdzenia dziko żyjących zwierząt. To jedna z przyczyn ich „ratowania”. Do tego dochodzi jeszcze jedna kwestia. – Bardzo często trafiają do nas młode osobniki, co znajduje proste wytłumaczenie. Małe zwierzę nie jest agresywne, pozwala do siebie podejść i się dotknąć… To silna pokusa – tłumaczy Jacek Wąsiński, leśnik i twórca Leśnego Pogotowia, ośrodka, w którym od początku istnienia pomoc znalazło około 10 tysięcy zwierzaków.

Coś w tym jest. Na widok nieporadnej, samotnej sarenki niemal każdy w pierwszym odruchu myśli o tym, żeby ją uratować. – I tak, jako rzekome sieroty, trafiają do nas młode sarny, młode zające, młode ptaki, które w rzeczywistości żadnymi sierotami nie są. – Chcąc dobrze, robimy źle – mówi leśnik.

Często musi tłumaczyć, że ptaki rodzą się z zakodowaną umiejętnością latania, którą pod okiem rodziców rozwijają. – Wyjaśniam ludziom, że młode zwierzęta również potrzebują czasu, żeby nauczyć się żyć – dodaje.

 

Zagrożenie i wybawienie

„Bambinizm” z założenia stawia człowieka w roli największego zagrożenia bajkowego świata. Czyni z niego agresora, który z siekierą wchodzi do lasu i bezmyślnie wyrąbuje drzewa. Albo, tak jak w bajkowej opowieści o jelonku, ze strzelbą i stadem psów rusza na polowanie.

Syndrom Bambiego Po raz pierwszy to pojęcie z zakresu socjologii pojawiło się na początku lat 70. ub.w. w amerykańskiej prasie łowieckiej. Określa ono sposób podejścia człowieka do przyrody, chrakteryzujący się jej infantylizacją i idealizacją. Polega na przyjęciu postawy, że wszystko, co jest związane z naturą, jest dobre, piękne, czyste i bezradne. W przeciwieństwie do tego każda działalność ludzka niesie zło i zniszczenie. „Bambinizm” dotyka przeważnie mieszkańców miast i wynika z ich oddalenia od przyrody, braku elementarnej wiedzy przyrodniczej, znajomości brutalnych praw nią rządzących, a nieraz z utraty rzeczywistego z nią kontaktu. Postawy opisane w „syndromie Bambiego” kształtują się już od dziecka. Maluchom wpaja się, że zwierzęta to sympatyczne, puchate stworzonka, których najgroźniejszym wrogiem jest zły i okrutny człowiek. Ten wzorzec zachowania jest bardzo chętnie wykorzystywany przez przemysł reklamowy. Produkt opatrzony wizerunkiem „słodkiego” młodego zwierzaczka sprzedaje się po prostu lepiej.

Z drugiej jednak strony, człowiek jest jedynym, który może tę bezbronną naturę uratować. To też jeden z nieodłącznych aspektów „bambinizmu”. Wielu uważa wręcz, że nieskalana ludzką ręką przyroda jest bezradna, a dziko żyjące zwierzęta oczekują od nich pomocy.

Szef Leśnego Pogotowia jest zdania, że zwierzętom należy pomagać. Tylko trzeba to robić z głową. Dotyczy to zwłaszcza osobników okaleczonych fizycznie.

Niestety, nie każde zwierzę da się uratować. Wiele osób uważa, że w ośrodkach i klinikach weterynaryjnych pomagających dzikim zwierzętom pracują cudotwórcy, a ich „magiczne ręce” mogą wszystko. – Czasami trudno komuś wytłumaczyć, że nasz ośrodek nie jest hospicjum dla zwierząt, bo tego zwyczajnie nie potrzebują – mówi Jacek Wąsiński. Jego zdaniem, rehabilitować powinno się tylko te, które mają szansę na samodzielne funkcjonowanie. – Zwierzę nie może wegetować, nawet jako stały rezydent naszego ośrodka. To nie jest pomoc, tylko znęcanie się nad nim.

Porażka jest sierotą

W mediach co jakiś czas pojawiają się informacje o strażakach ratujących zwierzęta uwięzione na krze albo wyciągających je ze studni. Jacek Wąsiński opowiada o dwóch dorosłych, rannych łosiach, które dryfowały po Bugu na krze. Strażacy przez długi czas walczyli o wyciągnięcie przestraszonych zwierząt na brzeg. Wydarzenia na żywo transmitował kanał TVN 24, a ratownicy i leśnicy zyskali ogromną wdzięczność widzów. Łosie przewieziono do Leśnego Pogotowia. Nie przeżyły. Smutnej części historii media z reguły już nie opowiadają, a to nierzadko bywa zakończeniem. Według Straży Leśnej jednego z nadleśnictw, na dwadzieścia uratowanych saren przeżywa tylko jedna. To dosyć drastyczna, całkowicie sprzeczna z „bambinizmem” statystyka. – Trudno uratować zwierzę po wypadku samochodowym – tłumaczy Jacek Wąsiński. – Jednak taka statystyka pokazuje, co się dzieje, gdy nie otrzyma ono fachowej pomocy. – Kiedy leczenie nie jest możliwe, to konieczne staje się humanitarne skrócenie życia – mówi pan Jacek i dodaje, że nawet jeśli odchowany, czworonożny lub latający pacjent jest już w pełni zdrowy, to nie oznacza, że po nabraniu sił powróci na wolność. – Takie zwierzęta jak niedźwiedzie i wilki, odchowywane przez człowieka bardzo szybko nabierają nawyków i uczą się zachowania, które dyskwalifikuje je w naturze – mówi leśnik. 

Wąsiński

Fot. Mirosław Wąsiński

Rzecz o dwóch misiach

Potwierdzeniem słów Jacka Wąsińskiego oraz przykładem tego, jak bardzo „bambinizm” wpływa na nasze reakcje, jest historia dwóch małych niedźwiadków, odnalezionych w tym roku w Bieszczadach i Tatrach.

Na początku kwietnia bieszczadzcy leśnicy i ratownicy górscy odnaleźli w Cisnej błąkającą się po lesie i zaroślach, wychudzoną i wycieńczoną niespełna dwumiesięczną niedźwiedzicę. Fora dyskusyjne rozgrzały się do czerwoności. Leśnikom dziękowano za szybką reakcję, a pracownikom lecznicy za fachową pomoc. Wszyscy byli przekonani, że po wyleczeniu niedźwiadek wróci w bieszczadzkie ostępy. Decyzją urzędników trafił jednak do ogrodu zoologicznego w Poznaniu. 

 To zrozumiałe, że ta sytuacja budzi kontrowersje – twierdzi kierownik Leśnego Pogotowia i podkreśla od razu, że żadnemu z komentujących los niedźwiadka na pewno nie był obojętny. – Krytyka zachowania osób ratujących misia, w tym leśników, wzięła się z braku podstawowej wiedzy na temat gatunku. Inaczej nie mieliby złudzeń, że uratowany miś wprawdzie będzie żył, ale już tylko w niewoli – mówi.

Alternatywą było pozostawienie małej, osamotnionej niedźwiedzicy na miejscu. – To jednak oznaczałoby jej nieuniknioną śmierć. – Z pewnością zaatakowałyby ją wilki albo dorosłe samce niedźwiedzi – tłumaczy Jacek Wąsiński.

Właśnie taki los spotkał niedźwiadka znalezionego jakiś czas później w Tatrzańskim Parku Narodowym. Złapano go i przetransportowano w niższe partie gór. Po kilku dniach ponownie natknięto się na niego – był martwy, rozszarpany przez innego niedźwiedzia… Takimi prawami rządzi się przyroda. A kluczem do ich poznania może być edukacja. 

 

Jacek Wąsiński, fot. Mirosław Wąsiński

Fot. Mirosław Wąsiński

Jacek Wąsiński, pracownik Nadleśnictwa Katowice, prowadzi Leśne Pogotowie od 1993 r. Do ośrodka trafia około półtora tysiąca zwierząt rocznie, przeważnie pospolite gatunki ptaków i ssaków, ale zdarzają się też perełki. Do wielkich rzadkości należą bieliki, rybołowy, wilki i rysie. Trafił się nawet gadożer. Sporą część podopiecznych ośrodka stanowią młode zwierzaki, które – niesieni poczuciem obowiązku i litością – ludzie zabierają, nie tylko z lasu, chcąc je uratować. 

Portal wykorzystuje pliki cookies. Korzystanie z witryny oznacza zgodę na ich zapis lub wykorzystanie.
Więcej informacji znajdziesz w naszej Polityce Prywatności.
Akceptuję politykę prywatności portalu. zamknij